Czy zagraniczne piwo jest lepsze?

Artur Napiórkowski, Multitap Crawl

Częstym zjawiskiem w Polsce jest gloryfikowanie piw zagranicznych, co przejawia się m.in poprzez wystawianie im z automatu dużo wyższych ocen w serwisach ratingowych niż piwom rodzimym.

Niekiedy towarzyszy temu wypowiadanie się z pogardą o całym polskim “krafciku”, który ma uchodzić jedynie za ubogiego krewnego prawdziwego craftu z zagranicy. Zastanówmy się, czy jest to podejście słuszne oraz z czego ono wynika.

Pełny obraz sytuacji

Nie sposób nie zacząć od tego skąd większość polskich beer geeków bierze wiedzę na temat poziomu zagranicznego piwa rzemieślniczego. Przecież ci, którzy rzeczywiście dużo podróżują, to jedynie ich skromny odsetek. Opinię zatem wyrabiają sobie na podstawie piw dostępnych u nas, a importy, które docierają do Polski to z reguły górna półka z danego kraju, przeselekcjonowana przez dystrybutora. Nie można na jej podstawie stwierdzić, jaki jest ogólny poziom piwowarstwa. Ich duża część to piwa wyjątkowe, “wyhajpowane”, z wysokimi ocenami w internecie.

Lepszy start

Potencjał “sztosowy” zagranicznych piw jest dużo wyższy już na starcie z racji ograniczonej podaży i wysokiej ceny. A to przecież dwa główne aspekty przy pomocy których browary starają się wykreować sztosy. O ile jednak w przypadku polskich producentów jest to posunięcie ryzykowne, tak w przypadku piw zagranicznych jest to po prostu naturalne. W końcu jeśli cena polskiego piwa będzie wysoka, a nie zdobędzie ono serc beer geeków, to browarnicy narażą się na odwrotny skutek od zamierzonego.

Cena czyni jakość?

Sama wysoka cena przyczynia się do wykreowania jakościowego wizerunku produktu. W końcu powszechne jest przekonanie, że jeśli coś jest drogie, to świadczy to o wysokiej jakości. Tymczasem w Polsce mamy jedno z najtańszych piw rzemieślniczych w Europie. Tak, tak moi mili, jakkolwiek niepopularnie zabrzmi to stwierdzenie, to spójrzmy prawdzie w oczy – nawet Węgrzy czy Rumuni sprzedają swoje crafty nieco drożej.

Wizerunek

Często, choć nie zawsze zagraniczni producenci przykładają dużą wagę opakowania i wizerunku piwa, czyli nie tylko dbają o to by ich produkt wyglądał atrakcyjnie i wyróżniał się na półce, ale i o to by zrobić wokół niego dużo szumu w mediach społecznościowych. Większość polskich producentów nie wkłada należytego wysiłku w te dwa aspekty. Są tu oczywiście wyjątki, weźmy np. taki Bell’s Black Note Stout z USA (10 miejsce w światowym TOP 50 ratebeera), którego etykieta wygląda jak zrobiona przez trzyletnie dziecko w Paincie. Nie zmienia to jednak faktu, że na poziom etykiet Omnipollo, czy marketingu Mikkellera nie wszedł jeszcze żaden rodzimy browar.

Polski kompleks

Lata izolacji i gospodarki centralnie sterowanej zrobiły swoje i choć okres największej fascynacji wszystkim, co zachodnie mamy już za sobą, to coś z tego zostało w postaci kompleksów wobec bogatszego zachodu. Swego rodzaju dowodem na to niech będzie to, że jeśli ktoś stawia zagraniczne piwa wyżej od polskich to zawsze ma na myśli te z zza zachodniej granicy, Skandynawii czy USA, a nigdy te od naszych wschodnich sąsiadów. Każda wizyta piwowara, czy właściciela zagranicznego browaru wzbudza u nas duże zainteresowanie.

Lansik nie zaszkodzi

W niektórych przypadkach nie bez znaczenia jest snobizm. Drogie, zagraniczne piwo to świetny sposób na odrobinę lansu w towarzystwie. Nie dość, że nikt go wcześniej nie widział, to jednocześnie jest ładnie opakowane. Jedyny minus, to 10 minut potrzebne na wytłumaczenie znajomym, co to właściwie jest to co pijemy, ale i to możemy zrobić tak, by ze swoim shakerem wypełnionym jakąś tam zwykłą polską IPA poczuli się jak ubogi krewny.

No dobrze, ale jak to właściwie jest?

Jak polskie piwa rzemieślnicze plasują się na tle europejskich, czy światowych konkurentów? Jeśli liczyłeś, drogi czytelniku, na prostą odpowiedź na to pytanie, to niestety będę zmuszony Cię zawieść. Choć staram się podróżować dużo, to w żadnym wypadku nie czuję się na siłach, by wyrokować w tej sprawie. Z całą pewnością jednak ogólny poziom polskiego craftu nie odbiega znacząco od europejskiej średniej i co najmniej w przypadku kilku krajów UE nie zawahałbym się autorytatywnie stwierdzić, że ogólnie rzecz ujmując ich piwo rzemieślnicze jest na niższym poziomie niż w Polsce.

Jedno jest pewne, dopóki ktoś nie wyjedzie zagranicę i nie skosztuje przekroju tamtejszych piw na miejscu, to nie będzie w stanie jakkolwiek odnieść się do ogólnego poziomu craftu w danym kraju, a nawet gdy to już zrobi, to jego ogląd sytuacji będzie mocno ograniczony. Polecam wybrać się na któryś z zagranicznych festiwali, najlepiej taki, gdzie selekcja jest stosunkowo przypadkowa, bo to bardzo odświeża spojrzenie na to, co obecnie dzieje się w Polsce i zapewniam, że dla wielu osób konkluzja po takim wyjeździe będzie zaskoczeniem.

 

Kategorie
Opinie

Komentarze

Podobne wpisy

  • Piwo jako remedium na cholerę

    Arnold z Soissons spoglądał na ponure ulice miasta Oudenburg. Plaga cholery przeobrażała miasto w puste zbiorowisko budowli, które nie niosło ze sobą ciepłego oddechu życia. Domyślając się, co może...
  • Gambrinus, czyli jak legenda może przeistoczyć w kulturowy symbol

    Gromki rechot biesiadników rozdzierał powietrze przesiąknięte alkoholową wonią. Stukot drewnianych kufli i kakofoniczne pijackie stękania, tworzyły w hali biesiadnej przedziwny spektakl, który nie miał nic wspólnego z cywilizowanym społeczeństwem....
  • 5 tez, które obaliła piwna rewolucja

    Zadziwiające, jak wiele rzeczy zmieniło się na rynku piwa w ciągu ostatnich kilku lat. Choć browary rzemieślnicze w Polsce mają tylko maleńki procent rynku, zdołały narzucić całej branży własną...
  • Londyńska powódź piwna

    To miał być zwykły dzień. 17 października 1814r. Mary Mulvey i jej córka Hannah, zaplątane gdzieś w szarej prozie codziennych czynności XIX-wiecznego Londynu, raczyły się herbatą. Po którymś łyku...