Londyńska powódź piwna

Jakub Kustra, piwowar w T.E.A. Time Brewpub

To miał być zwykły dzień. 17 października 1814r. Mary Mulvey i jej córka Hannah, zaplątane gdzieś w szarej prozie codziennych czynności XIX-wiecznego Londynu, raczyły się herbatą. Po którymś łyku jednak matka poczuła, gdzieś między myślami, okropne, nie wiadomo czym uzasadnione przerażenie. Kazała swojej córce przez chwilę nic nie mówić. Wsłuchując się w tętno stolicy Anglii, usłyszała przedziwną zapowiedź tragedii. Wyjrzawszy przez okno zobaczyła ludzi, zdjętych strachem, wołających o łaskę Stwórcy. Za nimi zaś płynęła ogromna fala jakiejś czarnej cieczy. Nie nadążyła nawet nadziwić się nad fantasmagoryczną naturą tego obrazu, gdy fala uderzyła w ich dom. A potem był już tylko chaos, rozdzierany kłującymi jak lodowy sopel krzykami jej córki. Niedługo potem nie było już nic. Nie było Hanny i Mary. Nie było też sześciu innych mieszkańców miasta. Utonęli w powodzi… piwa.

Powyższy opis, w troszkę przekoloryzowany sposób, przedstawia tragedię, w kronikach znaną pod nazwą:

London Porter Flood

W wyniku rozszczelnienia kadzi fermentacyjnej browaru Meux i uszkodzenia sąsiednich kadzi, ulicami Londynu spłynęło według szacunków ok. półtorej miliona litrów piwa (sic!). Można więc uznać to wydarzenie za symbol największego marnotrawstwa w dziejach. Coby nie skończyć na zdawkowej formie luźnej ciekawostki, zastanówmy się w ogóle, jak mogło do tego dojść. Co to za browar i skąd kadzie fermentacyjne, które niejednokrotnie były większe, od używanych przez współczesne browary.

Samo zdarzenie miało miejsce u początków rewolucji przemysłowej. W oparach silników parowych zaczęła powstawać mnogość fabryk, zakładów, maszyn. Właściwie w każdej dziedzinie życia dochodziło do przełomowych odkryć, owocujących radykalnym wzrostem produkcji. A gdzie mnogość produkcji, tam i pracy dużo, a za coś żyć trzeba. Ludność masywnie emigrowała więc do miast i tam w pocie czoła walczyła o każdy grosz. Dni pełne pracy jakoś trzeba sobie urozmaicić, odnaleźć odskocznie od mechanizmu gnicia w szarej codzienności. Odpowiedzią, rzecz jasna, było większe zapotrzebowanie na piwo. Większe zapotrzebowanie szło w parze z nowoczesnymi wynalazkami, co powodowało horrendalne rozmiary ówczesnych browarów.

Kadzie wielkie jak vat

W ówczesnych czasach piwo było kupażowane – to jest mieszane, w celu uzyskania płynności obrotu. Młode piwo mieszano ze starym, już dobrze wyleżakowanym, dzięki czemu nabierało odpowiedniego profilu. Takim sposobem, niektóre kadzie z piwem musiały być ciągle być zapełnione. By zwiększyć produkcję, najprościej było po prostu zwiększać kadzie. Niektóre osiągały ogromne rozmiary i mogły mieścić nawet 20 tys hl piwa, co daje około miliona butelek.

Kadzie tego typu nazywano: vat (łatwo skojarzyć z podatkiem, też przecież dla niektórych produktów osiąga zbyt ogromne rozmiary). 1790r. w browarze Griffin odsłonięto jedną z takich kadzi. Miała dziesięć metrów wysokości i trzydzieści szerokości. Mogło się w niej zmieścić dwieście osób i to siedzących przy stole.

Pechowa Końska Podkowa

Właśnie tego typu kadzie, posiadał browar: Horse Shoe (końska podkowa), który wtenczas należał do spółki Meux Company. W poniedziałek 17 października, 1814r. w godzinach nocnych odpadła jedna z żelaznych obręczy oplatających kadzie. W owej kadzi znajdowało się ponad 5810 hl wyleżakowanego porteru, nadającego się już do kupażu. Pracownik browaru będący na zmianie, twierdził, że takie obręcze spadały kilka razy do roku i nie zwiastowało to nigdy żadnej katastrofy. Tym razem niestety pomylił się tak bardzo, jak tylko można. Miał już pisać notkę o awarii, gdy nagle usłyszał eksplozję. Podbiegł do miejsca, gdzie kiedyś była kadź i zobaczył ogromną dziurę w ścianie. Czarna fala piwa, spłynęła na ulicę Londynu, siejąc spustoszenie wśród zabudowań. Ludzie w kakofonicznej melodii okrzyków rozpaczy próbowali wspiąć się jak najwyżej, by ratować życia. Ośmiu z nich niestety się to nie udało.

Zadośćuczynienie

Browar w tym wypadku utracił 10%, rocznej produkcji piwa. Straty przy najbardziej optymistycznym scenariuszu, na dzisiejsze wyniosły ok. £66mln. Browar zwrócił się z petycją o refundację szkód do parlamentu i ten przystał na propozycję. Zwrócił ponad ¼ poniesionych strat. Wydarzenie uznano jako wypadek, „Akt Boga”, a browaru nie pociągnięto do odpowiedzialności. Jedyne na co mogli liczyć poszkodowani, to datki z kościołów i od darczyńców. Chłodna kalkulacja stratnych przedsiębiorców nie mogła pozwolić sobie na moralne odruchy. Aż sam ciśnie się na usta cytat Boruty, znanego z interpretacji Legend Polskich: Świat się nie zmienia, jest kręgiem cierpienia.

 

Obraz: Wikimedia Commons

Kategorie
Opinie

Komentarze

Podobne wpisy

  • Browary rzemieślnicze mają już 12% rynku? – opinia

    Przemek Iwanek Zaskakujący tytuł? Nie mniej, niż moje ostatnie znaleziska w odmętach Internetu. Dwa różne browary (a zapewne takich przypadków jest więcej) wypuściły ostatnio takie reklamy: „Doskonałe piwo rzemieślnicze...
  • Wielki, bezalkoholowy sen

    Przemek Iwanek Mendelejewowi przyśniła się tablica. Podobno Nicola Tesla we śnie wpadał na pomysły swoich wynalazków. King wyśnił Misery, Lovecraft Necronomicon, a Shelley – Frankensteina. Mi ostatnio przyśniło się...
  • Aromaty w piwie: zdrada ideałów czy przyszłość kraftu

    Przemek Iwanek Aromaty w różnej postaci coraz częściej pojawiają się w piwach rzemieślniczych. Temat jest sporny: dodatek wyizolowanych „zapachów” ma swoich zwolenników, jak i zaciekłych przeciwników. Postanowiłem więc przyjrzeć...
  • Piwo jako remedium na cholerę

    Arnold z Soissons spoglądał na ponure ulice miasta Oudenburg. Plaga cholery przeobrażała miasto w puste zbiorowisko budowli, które nie niosło ze sobą ciepłego oddechu życia. Domyślając się, co może...